III. Ślepa ulica.

Temps: niedziela, 16 marca 2008 19:50:09
Mes: Die; Forum Gingers;Vita;
Witam was po dość długiej, muszę przyznać, nieobecności :) Wróciłam, historia dalej ta sama, szablon, jak widać – inny. Akcja idzie do przodu (wreszcie!). Całe pięć stron tekstu. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Osobiście jestem zadowolona z tej części. Bardziej niż ze wszystkich innych.
Nie będę dłużej was zanudzać, po prostu: Enjoy!
Dla wszystkich, którzy czekali, a szczególnie dla Meg i Moony, które nie dały mi zapomnieć o Border. Zbetowane przez Meg.
Agnes


Lecąc trzydzieści stóp nad ziemią czarterowym samolotem do Aleksandrii, Marguerite zastanawiała się, jak te wszystkie wydarzenia, które zwaliły się na nią niczym górska lawina, mogły umknąć osobom, na które liczyła i które kochała. Melanie ostatnio rzadko się odzywała, ale brak jej przejętej, życzliwej twarzy na zatłoczonym dziale odlotów mocno ją zabolał. Profesor Poussin nie dostał wiadomości o nagłej zmianie godziny wylotu. Richard tymczasem bawił w Andaluzji, odwiedzając dość liczną rodzinę. A Jacques? On po prostu o niczym nie wiedział. Ale o to mogła obwiniać wyłącznie siebie.
Omiotła wzrokiem resztę pasażerów, którzy odtąd byli jej asystentami, pomocnikami i łącznikami. Wszyscy spali, zwinięci na niezbyt wygodnych fotelach. Leciała do Egiptu z całą ekipą obcych ludzi, nowoczesnym sprzętem badawczym i głową pełną wątpliwości. Spojrzała nieśmiało na teczkę, spoczywającą na kolanach, która zawierała cały stos dokumentów opatrzonych jej starannym podpisem. Każdy z nich budował w dziewczynie rosnące uczucie zdrady. Jednak walczyło ono z poczuciem krzywdy i, zawsze towarzyszącym Marg, buntem. Ten kraj, do którego miłości i patriotycznego oddania od lat uczyli jej rodzice, w pewnym sensie odwrócił się od niej. W takim razie, miała chyba prawo poprosić o pomoc kogoś innego. Wielka Brytania wydała się wręcz idealna. I nie zawiodła jej.
*
Aleksandria nie dała jej tego, czego pragnęła. Liczyły się koneksje, znajomości i osławione nazwisko. Jako studentka, w dodatku jeszcze bez dyplomu specjalistycznego, nie miała szans na zbadanie zwojów w Bibliotece Aleksandryjskiej, a bez tego cała jej podróż mijała się z celem. Usiadła na kamiennych schodach i schowała twarz w dłoniach.
Większość ludzi, których otrzymała do pomocy, wysłała już na pustynię. Tutaj na nic by się nie zdali. Potrzebny był Jean Poussin lub ktoś podobny mu rangą.
W głowie Marg pojawił się nagle pomysł z gotowym planem realizacji, przebiegu i rozwiązania. Na wąskich ustach zagrał złośliwy, podły uśmiech, który z pewnością zaniepokoiłby jej przyjaciół. Aleksandria pełna była wpływowych ludzi nauki, doświadczonych profesorów i obsesyjnych badaczy historii. Należało tylko kogoś wybrać. A to już będzie proste.
Olbrzymi gmach biblioteki górował nad nią, przesłaniając słońce. Wstała, otrzepując lniane spodnie i ruszyła przed siebie. Natrętną myśl o własnej matce i uniwersyteckim wykładowcy odsunęła w głąb świadomości.
Osiągnie cel, za wszelką cenę, nie licząc się z kosztami.
*
Wysoka, długowłosa dziewczyna weszła do klimatyzowanej portierni egipskiego hotelu, paradoksalnie, utrzymanego w tonie greckich budowli starożytnych. Biała sukienka na ramiączkach przykleiła się do mokrego ciała, a z czarnych włosów wciąż kapała woda. Młody recepcjonista podał jej grubą kopertę, uśmiechając się czarująco. Odebrała ją bez słowa. Dopiero za drzwiami swojego apartamentu zaśmiała się perliście i rzuciła na łóżko, rozrywając brązowy papier. Ze środka wypadły kopie starożytnych dokumentów i dwa zdjęcia, na których widniała stara, popękana tablica, zapisana zapomnianym pismem. Marg sięgnęła po duży arkusz papieru, leżący na podłodze po drugiej stronie, jego tytuł głosił: Plan Oazy Kitab.
*
Zewsząd otaczał ich piasek. Marguerite nie widziała niczego innego prócz ziarenek, które unosiły się w powietrze pod wpływem wiatru. Podróż z Aleksandrii była bardzo ryzykowna, ale Marg nie dawała za wygraną. Od paru dni kluczyli po arabskich drogach, by ominąć potencjalnie niebezpieczne trakty. Wojskowe, terenowe furgonetki sunęły po opustoszałej szosie, a z radia sączyła się amerykańska muzyka, przerywana dość częstymi zakłóceniami.
Blanchett, wyrwana z półsnu, przetarła leniwie oczy i rozejrzała się wokół. Nic. Tylko pustynia. Poczucie czasu straciła już dawno temu.
- Kapitanie! - Potężnie zbudowany, czarnoskóry mężczyzna obrócił się w stronę Francuzki. Jego dobrotliwe oczy nie ujawniały żadnych oznak zmęczenia. - Nie wiem od czego zacząć. Ile jedziemy, kiedy wreszcie dojedziemy, jak daleko jeszcze? Ogólnie chciałabym wiedzieć, gdzie, do cholery, jesteśmy? - W przeciwieństwie do towarzyszy podróży, zdecydowanie nie była przyzwyczajona do wysokich temperatur i sąsiedztwa pustyni.
W nocy robiło się nieprzyjemnie chłodno i musiała otulać się duża ilością ciepłych koców, by nie dzwonić irytująco zębami. Czuła się przez to trochę winna, gdyż żołnierze, z którymi jechała, często oddawali jej własne okrycia, tłumacząc ze śmiechem, że są przyzwyczajeni a obecność Marg dodatkowo ich rozgrzewa.
Pięciu Anglików i jeden Amerykanin w wojskowych mundurach. Doświadczeni i uzbrojeni. Jedynym celem tej grupy była ochrona Blanchett i jej ludzi przed wszelkiego rodzaju zagrożeniami.
Z zamyślenia wyrwał ją głos jednego z nich, poprawiającego karabin zawieszony na prawym ramieniu.
- Mów mi Keo, mała. Dość tego „kapitanowania”. Do granicy mamy jakieś czterysta kilometrów na wschód. Jednak wolałbym nie przekraczać jej w Jordanie – tam zostałoby nam około dwustu kilometrów do Tego miejsca. Zostańmy w Arabii, będzie bezpieczniej. Nadłożymy trochę drogi, ale od granicy szlak będzie o połowę krótszy, na bardziej neutralnym gruncie, o ile to w ogóle możliwe. Nie będzie też problemu z przekroczeniem granicy. Trzymaj – rzucił Marg kompas – jeśli wszystko dobrze odczytałaś, współrzędne wynoszą: czterdzieści stopni i trzydzieści minut wschodniej oraz trzydzieści dwa stopnie i trzydzieści minut północnej.
- Oczywiście, że się nie pomyliłam. Nie ma szans. - obruszyła się lekko, obracając w rękach nowo zdobyte narzędzie nawigacji, którym prawdę mówiąc nie potrafiła się posługiwać.
- Bez nerwów, laleczko – włączył się Ian, któremu przydługie włosy wpadały do oczu – To był żart. Zdążyliśmy się już nauczyć, że jesteś nieomylna – uśmiechnął się, podając dziewczynie butelkę wody.
Marg szturchnęła go lekko w odpowiedzi, ale kąciki jej ust uniosły się nieznacznie. Młody potomek hinduskich imigrantów o imieniu Naveen usiadł obok niej i wyjął z rąk kompas.
- Pokażę ci, jak go używać. Z takim podejściem zgubiłabyś się szybciej, niż zdążysz powiedzieć „Zamknij się Ian”.
Marguerite z dezaprobatą pokręciła głową i skupiona słuchała darmowej, teoretycznej lekcji przetrwania.
*
Z uśmiechem na twarzy wyszła z samochodu i lekko się chwiejąc, oparła o wysoką, wbitą w ziemię pochodnię. Ognista kula powoli zachodziła za horyzont. Z przeciwnej strony nadciągał chłodny wiatr. Odetchnęła gwałtownie. Jej płuca wypełniło jeszcze ciepłe, suche powietrze. Poczuła niesamowitą atmosferę tego miejsca, magię płynąca z kamieni, nienaruszonych od setek lat, oświetlonych ostatnimi promieniami słońca.
Wokół niej rozłożone były białe namioty o różnych rozmiarach. Niedaleko Frank, Matthew i Will wyładowywali furgonetkę.
- Witaj, Marguerite – Podszedł do niej wysoki mężczyzna z chustą na głowie. – Pokażę ci twój namiot, pewnie jesteś wykończona.
Charles Dearborn, na oko trzydziestodwuletni archeolog pochodzący z Wielkiej Brytanii. Z jego życiorysu, który dostarczono jej przed wyjazdem, dowiedziała się, że w Brighton zostawił żonę i dwójkę dzieci. Spokojny absolwent Cambridge został wybrany zapewne w celu zrównoważenia jej temperamentu.
- As-salam alajkum, Charles. Widzę, że się rozgościłeś na moim kawałku pustyni. Zobaczmy.
Wszystkie obiekty były ustawione w regularnych szeregach. Dwa największe postawiono na końcach. Idealny angielski porządek, wymierzony co do metra.
- Dearborn, nie masz za grosz finezji. A poza tym, to niepraktyczne. Latif!
Irakijczyk w średnim wieku podszedł do nich i czekał na rozkazy.
- Mam nadzieję, że nie zdążyliście się zadomowić. Trzeba to wszystko poprzenosić. Wasze namioty powinny tworzyć ścieżkę i okalać Oazę. Pan Dearborn zajmuje część od Cytadeli Riderforta. Moja kwatera stanie po stronie wieży Williama de Beaujeu, w trójkącie ze skrzydłem szpitalnym i „instytutem badawczym”. Prace zaczynamy od strony najstarszej, czyli południowej. Dearborn, nie wtrącaj się. – Machnęła ręką na zdumionego, protestującego Anglika. - Latif, poczekaj. Gdzieś tu miałam rozrysowany plan. Cholera, gdzie moja torba? - Marg okręciła się wokół własnej osi. - Ian, plecak! - krzyknęła, idąc w stronę samochodu.
- I tak zaczęły się rządy kobiety na arabskiej pustyni Al Anbar – mruknął do Naveena, stojący nieopodal Keo.
*
Po miesiącu kopania w twardej ziemi i gorącym piasku, Marg miała serdecznie dość wszystkiego. Ludzie co raz częściej patrzyli na nią z wyrzutem. Niekiedy słyszała niezadowolone szepty, złośliwe komentarze, a nawet obelgi. Wieczorami przerzucała po całym namiocie notatki, mapy i książki, jednocześnie analizując przedmioty pochodzące z cytadel i zapiski, przesłane przez profesora Poussina. Od niedawna zaczęła jej towarzyszyć butelka białego wina.
Podczas jednej z licznych przechadzek po wykopaliskach przy akompaniamencie głośnego Allah Akbar , do owiniętej arafatką Marg, dołączył Keo, który niezmiernie nudził się na pustyni i zaczął pocieszać załamaną dziewczynę. Nagle przystanął.
- Hej, mała. Co to za świecidełko?
Blanchett spojrzała w dół, gdzie w korytarzu, drążonym między dwoma wieżami: Gerarda z Riderforu i Arnolda Torowa, leżał pozłacany przedmiot wysadzany szlachetnymi kamieniami. Zaciekawiona Marg ostrożnie zeszła po piaskowym zboczu, a za nią podążał czarnoskóry mężczyzna. Z uśmiechem na twarzy wyjęła z ziemi coś, co okazało się sztyletem. Bardzo starym. Mimo to, nie stracił swego piękna. Dziewczyna przeszła parę kroków wzdłuż rowu i poczuła, że ziemia usuwa jej się spod stóp. Za chwilę została pochłonięta przez ciemność, którą zaraz rozjaśniła pochodnia, trzymana przez zjeżdżającego po grubej linie żołnierza. Keo złapał wiszącą dziewczynę i przycisnął do siebie. Ich oczom ukazał się najpiękniejszy widok, jaki do tej pory mieli okazję ujrzeć. Wnętrze Oazy Kitab, skąpane w migoczącym blasku zapalonego łuczywa.
*
Marg niespokojnie chodziła po namiocie, co jakiś czas rzucając szybkie spojrzenie na zdjęcia i dokumenty leżące na biurku. Dla tak ważnego odkrycia potrzebowała dodatkowej ochrony. Aziz zaoferował pomoc w znalezieniu odpowiedniej osoby. Nie widziała innego wyjścia, jak tylko zaangażować w to przedsięwzięcie obie strony.
Przystała na propozycję Irakijczyka.

*
Początek czerwca dawał im się mocno we znaki. Noce wciąż zaskakiwały nieustępującym chłodem i pustynnym wiatrem, niosącym ze sobą coś niezwykłego i przerażającego jednocześnie. Natomiast w słoneczny i pogodny dzień temperatura rosła z zawrotną prędkością. Spacer piaszczystą ulicą, na której w samo południe nie można było ujrzeć żywej duszy, a jedynie pchane ciepłymi podmuchami uschnięte krzaczki, przesuwające się nieśpiesznie w kierunku meczetu, był stanowczo ponad siły wychowanej na deszczowej północy Francuzki. Z ulga powitała gest przewodnika, który zaprosił, a raczej nakazał im przekroczyć wysoki próg licho wyglądającego budynku, patrząc pogardliwie na zmęczone twarze dwójki archeologów. Marg oparła się o drewniana framugę obdartych drzwi i wyjęła z torebki wodę. Charles chciwie wpatrywał się w kroplę, spływającą leniwie po brodzie dziewczyny, ale gdy tylko podała bu butelkę, odmówił twardo, potrząsając rozjaśnionymi przez słońce włosami.
- Dearborn, nie udawaj „uniwersalnego żołnierza”. Jesteś przyzwyczajony do mglistej i wilgotnej wielkiej Brytanii, więc nie próbuj mi wmówić, ze upały nie robią na tobie najmniejszego wrażenia.
- Słyszałaś kiedyś o ćwiczeniu woli, hartowaniu ciała, nieuleganiu zachciankom? Mnisi tybetańscy...
- Na pewno nie umierali z odwodnienia wywołanego głupotą. Pij, nie gadaj i idziemy.
Zanim zniknęła w ciemności, usłyszała jeszcze : „mglista i wilgotna, myślałby kto...”
Pomieszczenie, w którym się znaleźli nie okazało się jednak miejscem, o którym marzyła Marg. Niski, kędzierzawy człowiek o chytrym spojrzeniu zapalił trzymane w ręku świece i oczom dwojga Europejczyków ukazał się długi, wąski i ciemny tunel. Zza ściany dobiegały ich odgłosy rozbijanych kufli i krzyki podpitych mężczyzn. Irakijczyk, nadal nic nie mówiąc, władczo machnął dłonią i ruszył ponurym korytarzem.
- Czy ta spel... ten uroczy bar ma jakąś nazwę? - mruknęła cicho Marguerite, z niesmakiem omijając podejrzaną kałużę na starych, trzeszczących deskach.
- Stawiam na „Katafalki” - niespodziewanie odezwał się blondyn, ukrywając grymas niezadowolenia.
- Czytałeś Pratchetta? - zapytała zdziwiona – zawsze miałam cię za lubiącego klasykę wielbiciela Dickensa.
- Pratchett jest Anglikiem – powiedział dobitnie, tonem kończącym wszelkie spory i dyskusje. Równocześnie zabrzmiało to jak uniwersalna odpowiedź na każde pytanie, które miałaby zadać Blanchett.
- Rozumiem, przepraszam, - zgięła się w lekkim ukłonie - że pozwoliłam sobie na te niesubordynację, czytając działo Brytyjczyka. W oryginale – podkreśliła.
Archeolog odwrócił się i zaczął kontemplować ledwo widoczny sufit. Ta dziewczyna co raz bardziej działała mu na nerwy, a kpiący uśmiech i wiecznie żywy, bystry wzrok, przyprawiały o ból głowy.
Aziz łypnął na nich jednym okiem i odpowiedział swoim charakterystycznym i charczącym głosem. Dopiero po chwili ułożyła głoski w coś, co brzmiało jak ”tarik masdud”*. Nie znała znaczenia tych słów, ale zdecydowanie nie wywoływały pozytywnych uczuć. Po szybkim spojrzeniu na Charliego, stwierdziła, iż, albo udaje nieświadomego odpowiedzi, albo to wszystko naprawdę niewiele go obchodzi. Dearborn właśnie zajmował się ściąganiem pajęczyny z rękawa błękitnej koszuli. Blanchett dopiero teraz przyjrzała się wystrojowi miejsca, w którym miała odbyć ważną rozmowę z jakimś, w miarę wysoko postawionym, Irakijczykiem i naszły ją w zupełności uzasadnione wątpliwości. Po podłodze, okrytej wygryzionym, smętnym dywanem biegały stworzonka, które po odgłosach można było zidentyfikować jako myszy. Na ścianach, sprawiających wrażenie w ogóle niepotrzebnych, wisiały pokrzywione i połamane kandelabry oraz groteskowe ozdoby. Łuszcząca się brzoskwiniowa farba z, mogłaby przysiąc, zaschniętymi plamami krwi, dopełniała całości. Po środku tego obrazu nędzy i rozpaczy stał zaciekawiony, ale również wyraźnie zdegustowany Charles. Zabrała go tylko w roli tłumacza, gdyż arabski w jej wykonaniu ograniczał się do kilku elementarnych zwrotów. Jego obecność wysoce irytowała Marg, ale nigdy nie miała zamiaru obdarzyć zaufaniem Abdul Aziza.

Rozejrzała się niespokojnie, poszukując chociażby najmniejszej oznaki nadchodzącego niebezpieczeństwa, które czuła w powietrzu. Aziz stał parę metrów dalej, wyraźnie się niecierpliwiąc. Anglik natomiast nie ruszył się z miejsca. Nie widziała wyjścia, ani wejścia, ani jakiegokolwiek źródła światła, oprócz zapalonych wcześniej świec. Naszły ją bardzo złe przeczucia. I niestety - tym razem nie myliła się.
Usłyszała kroki, dochodzące z obu stron ciemnego korytarza. Chwilę później z mroku wyłonił się mężczyzna. Przez moment, w czasie którego stał obok jej byłego pomocnika dojrzała zielony uniform i czerwony trójkąt. „Gwardia Narodowa?!” - krzyczała w myślach. Spojrzała na swojego towarzysza, szukając wsparcia, ale on wydawał się tak samo bezradny jak ona. Jej rozbiegany wzrok skupił się na łacińskim napisie, wydrapanym na belce podtrzymującej sufit. „Najlepszą liczbą towarzyszy jest czwórka.” Słowa Proroka.**
I było ich czworo. Dwóch żołnierzy z obojętnymi wyrazami twarzy, chciwy zdrajca, uśmiechający się pogardliwie i z triumfem. I ostatni, którego wciąż otaczał cień. Tylko jego oczy błyszczały złowrogo, wpatrzone w pobladłą Francuzkę. Odwróciła wzrok, nie mogąc znieść emanującego z nich spokoju. Wtedy odezwał się głębokim, przeszywającym cichym głosem. Aziz pospiesznie podbiegł bliżej, mówiąc:
- Bint.*** - Nie omieszkał przy tym uczynić paru ukłonów.
Jedno krótkie słowo o ostrym brzmieniu przeszyło ciszę niczym bicz i zabrzmiało jak wyrok.
Jedno skinienie ze strony zbliżającego się żołnierza, a jego podwładni zatrzymali Dearborna w żelaznym uścisku i przyłożyli nóż do gardła.
*
Stanął przed nią. Wyprostowany, milczący, samą tylko postawą wyrażając pogardę i niechęć. Unikając jego wzroku, Blanchett skupiła się na złotym orle, przyszytym do zielonego beretu. Kiedy Irakijczyk śledził każdy jej ruch, oceniając reakcje, próbowała sięgnąć do szerokiej kieszeni lnianych spodni, która znajdowała się tuż przy kolanie. Szamoczący się Charles odwrócił uwagę żołnierzy. Wykorzystała to, by schylić się i wyciągnąć długi, wąski sztylet z pozłacanym trzonkiem. Szlachetne kamienie zalśniły, gdy zła, ale też przerażona Marg, umiejętnie operując zdobyta bronią, wbiła nóż w udo napastnika, który warknął, czując rozrywający ból.
- Puśćcie go! Dearborn, uciekaj. Biegnij, ty idioto!
Wściekły gwardzista wyjął ostrze z rany, po czym odrzucił je za siebie, gdzie zniknęło w ciemnościach. Widząc to Marg, zaklęła wyjątkowo szpetnie.
- Al-Jazeera! To był sztylet Renalda z Châtillion! Jak śmiałeś...
Arab obrócił się do niej, a jego wzrok wyrażał niczym niezmąconą złość i zniecierpliwienie. Marg przycisnęła się do ściany i zamknęła oczy, gdy ucichły ciężkie kroki żołnierskich butów, a jego silna dłoń zacisnęła się na wąskiej szyi Francuzki.
- Popatrz na mnie – wyszeptał prawie do jej ucha. Pierwszy raz w życiu słyszała taki głos. Gładki jak jedwab, obiecujący nieskończoną rozkosz, ale też złowrogą groźbę i nieopisane męczarnie. Akcent, wyraźnie wyczuwalny, gdy mówił po angielsku, przyprawił ją o drżenie. Popatrzyła w oczy mężczyzny, który najwyraźniej chciał ją udusić i nie mogła oderwać wzroku.
- Nigdy więcej. Tego. Nie rób. - kontynuował, jakby nieświadomy jej reakcji – Następnym razem może stać ci się krzywda. Rozumiesz? - Nieśmiało pokiwała głową, kiedy wolna ręka Irakijczyka musnęła jej policzek.
Ciszę przerwał krzyk Charlesa, który znów znajdował się w potrzasku.
- Zostawcie ją parszywe psy! Łapy precz!
Prawie niezauważalny ruch ręki i żołnierz z orłem na ramieniu mierzył prosto w serce Anglika z czarnego, połyskującego pistoletu. W jego ruchach nie było żadnego wahania, gdy pociągnął za spust. Marguerite nie miała siły by krzyczeć. Z braku tlenu osunęła się po ścianie. Ostatnio rzeczą, jaką zapamiętała, była strzykawka w ręku Abdul Aziza.

*
Odzyskiwanie przytomności w przypadku Marguerite było rzeczą wyjątkowo nieprzyjemną. Tym bardziej, że znajdowała się w wyjątkowo niekomfortowym położeniu. Skronie pulsowały tępym bólem, a uciskana ręka dawała się mocno we znaki. Zewsząd otaczał ją półmrok i drażniący odór wilgoci oraz strachu. Szczególnie strachu. Wyczuwała go dookoła każdą cząstką ciała. Podpierając się drugą ręką, podniosła się do pozycji siedzącej i oparła plecami o zimną ścianę. Marg zakręciło się w głowie, a przed zasłoną zamkniętych oczu pojawił się obraz ciemnego korytarza pokrytego łuszcząca się farbą, zniekształcone twarze porywaczy oraz przerażające uczucie bezradności i niepokoju. Wciąż słyszała wibrujący w powietrzu głos Irakijczyka, odbijający się echem w niekończącym się tunelu. Zaczęła trząść się jak w febrze, na blade czoło wstąpiły kropelki potu. Nagle wszystko ustało. Pozostała tylko ciemność. Do jej wrażliwych nozdrzy doleciał słodki, uwodzący zapach świeżo zaparzonej kawy. Poczuła się jak w domu przy Alees d'Orleans, kiedy Melanie przyrządzała im „cafe de Wood” według własnej receptury, ze sporą domieszką kardamonu. Była to jedna z najlepszych kaw, jakie piła w swoim krótkim życiu.
Wydarzenia sprzed paru godzin odeszły w zapomnienie. Liczył się jedynie błogi spokój, poczucie bezpieczeństwa i brak trosk.
Sine usta Blanchett ułożyły się w maleńki uśmiech. Zdobyła się na uchylenie powiek, spodziewając się zobaczyć przyjaciółkę z tacą. Jednak kolejny raz się zawiodła. Uderzyło w nią intensywne, władcze i wrogie spojrzenie ciemnobrązowych tęczówek żołnierza ze złotym orłem. Odruchowo skuliła się wewnętrznie.
Miał oczy człowieka zdolnego do czynów, których samo wspomnienie wywoływało dreszcze przerażenia.


* tarik masdud (arab.) - ślepa ulica
**Mahomet, oczywiście.
***Bint (arab.) - dziewczyna

komentarze [7]
II. Damir.

Temps: czwartek, 12 lipica 2007 19:16:49
Mes: Die; Forum Gingers;Vita;
Najnowsza notka panny Agnes, zbetowana przez Meg :]

Nadszedł grudzień, a wraz z nim upragniony śnieg. Bordeaux zostało opanowane przez świąteczne ozdoby, a z każdej wystawy krzyczały ogromne napisy, zawiadamiające o promocjach i wyprzedażach. Ulicami prześlizgiwały się samochody ze świerkami na dachach, których kierowcy nieprzerwanie i niezmiernie irytująco wciskali klakson, zwracając na siebie uwagę spieszących się amatorów zakupów. Odśnieżonym chodnikiem szła dziewczyna w ciemnozielonej kurtce, czarnymi kozakami depcząc świeże płatki, spadające z nieba. Jej twarz wyrażała głęboką determinację. Pełne usta zacisnęły się złowrogo, a penetrujące spojrzenie omiatało mijanych ludzi, z sardonicznym rozbawieniem. Włosy schowane były pod ciemną czapką. W ręce, ukrytej w skórzanej rękawiczce, ściskała przemoczone, papierowe torebki. Jedna z nich, buntując się przed niewłaściwym traktowaniem, rozdarła się niespodziewanie, a jej zawartość wypadła na chodnik. Marguerite zaklęła pod nosem, po czym kopnęła najbliższą latarnię. Przechodzeń popatrzył na nią z dezaprobatą, lecz gdy napotkał wzrok wściekłej dziewczyny, ruszył w swoją stronę, nie oglądając się za siebie. Blanchett pozbierała pakunki i z żalem potrząsnęła mokrym, teksturowym pudełkiem, w którym zagruchotały resztki porcelanowej filiżanki. Ręcznie dziergana czapka zsunęła jej się z głowy, prosto w przy-krawężnikową kałużę.
- Szlag by to trafił! - wymruczała w opadający szalik.
Marg z furią w nieprawdopodobnie zielonych oczach, wcisnęła zabłocony materiał do przepastnej torby z hawajskim, kwiatowym motywem, który całkowicie kłócił się z zimowymi podmuchami wiatru, smagającymi jej odsłoniętą szyję, i zaczęła iść w kierunku herbaciarni, modląc się o znalezienie podobnego naczynia.
Pobłogosławiła dzień, w którym kupiła prezenty dla całej rodziny, leżące teraz w ostatniej szufladzie mahoniowej komody.

*
Dwudziestego czwartego grudnia, roku pańskiego dwa tysiące ósmego, słońce pojawiło się na niebie wystarczająco późno, by Marg stwierdziła, iż znowu zaspała, choć za parę godzin odlatywał jej samolot, lądujący w okolicach Lille.
Mimo to, ranek upłynął w zupełnej ciszy. Melanie niespodziewanie wyleciała dzień wcześniej, gdyż w tym roku ,spędzała wolny czas z rodziną w Anglii. Rozstały się w atmosferze wzajemnych, niemych wyrzutów. Święta zapowiadały się zupełnie inaczej niż zeszłoroczne, które uczciły razem z przyjaciółmi w Bordeaux. W kuchni stała niewysoka choinka, która była jedną z nielicznych, klasycznych rzeczy w mieszkaniu przy Alees d'Orleans. Marguarite zapakowała jedyny prezent spod drzewka do torebki, po czym dokładnie zamknęła białe drzwi. Małe kółeczka walizki stukały cicho o kamienne schody.

*
Samolot się spóźnił, co było jej jak najbardziej na rękę. Im mniej czasu w towarzystwie rodziny, tym lepiej. Nikt nie powitał jej, ani przy ozdobionej furtce, ani przy drzwiach z wieńcem ostrokrzewu, które sama musiała otworzyć. Tylko śnieżnobiały perski kot miauknął na jej widok, domagając się pieszczot. Nie tolerowali spóźnień. Dobrze wiedziała, ze teraz do nocy będzie przygotowywać świąteczne potrawy, a jutro zbudzą ją skoro świt. Czuła się irracjonalnie i nie na właściwym miejscu. Trochę jak kopciuszek, ale zdążyła się przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy. I w swojej bajce nie przewidywała szczęśliwego zakończenia.
Weszła do kuchni, gdzie krzątała się niewysoka kobieta z włosami zebranymi w ciasny kok. Wymieniły kurtuazyjne pocałunki w policzek. Marg przez chwilę miała ochotę wtulić się w matkę. Jak kiedyś, zanim zaczęła się od nich oddalać.
- Marguerite! Jak miło Cię znów widzieć. Jak studia?
- Witaj, mamo. Samolot się spóźnił. Na uczelni wszystko w porządku. Jak zwykle. - popatrzyła wymownie w ciemne oczy Isabel i położyła nacisk na ostatnich zdaniach – Jak zwykle...
- Zaniosę torby na górę i przyjdę – wtrąciła, gdy matka ponownie otworzyła usta. - Witaj, tato – rzuciła, przechodząc obok salonu.
Jej pokój. Ciemne drzwi na końcu korytarza. Azyl i schronienie. Przestał nim być z chwilą wyniesienia jej rzeczy. Został przystosowany do przyjmowania gości, jak reszta niezajętych pomieszczeń. Rzuciła torebkę na przykryte kremową narzutą łóżko i udała się do łazienki, szurając kapciami po wypastowanym parkiecie.

*
Na świątecznym obiedzie zjawiła się cała, dość liczna, rodzina. Pod wysokim świerkiem piętrzyły się pudełka oklejone ozdobnym papierem. Małe dzieci kuzynki biegały w około, wydzierając sobie z rąk skrzydlatego konia. Wszyscy jedli, śmiali się i rozmawiali. A ona nie mogła tego znieść. Czuła, ze do nich nie pasuje, że to nie jest jej miejsce. Nie, między osiemnastoletnim synem kuzyna, siostry jej ojca, a Opal, którą zachwycały się babcie i ciocie. Na stole leżały przygotowane potrawy, których Marg wprost nienawidziła. Żałowała, że jej matka narzuciła wszystkie hiszpańskie tradycje. W pierwszych latach po ślubie zasiadali we trójkę do wigilijnej kolacji. Już tego nie robią. Nic nie łączyło ich już z latynoskimi korzeniami Isabel. Kiedy kolejny raz ktoś kopnął ja pod stołem, wcisnęła do ust kawałek łososia i nalała sobie trzecią lampkę wina. Siostra popatrzyła na nią, na pół z zazdrością, na pół z niezrozumieniem. Zamknęła oczy i powstrzymała niechciane łzy.

*
Sylwester w jej rodzinie był wielkim wydarzeniem. Zaczynali nowy rok z nowymi postanowieniami i perspektywą na przyszłość. Co roku jej rodzice urządzali mały bankiet dla przyjaciół oraz ich dzieci, ale tylko pełnoletnich. Natomiast bliska przyjaciółka Isabel udostępniała dom swej córce, która zapraszała młodsze towarzystwo. Opal, uradowana i podekscytowana, właśnie odjechała. Marguerite musiała uczestniczyć w domowym przyjęciu, którego głównym celem było zaprezentowanie posiadanego majątku. Zobowiązano ją do kurtuazyjnego witania gości w długim, jasnym holu i przyjmowania podarków, najczęściej w postaci butelek.
- Hej, Marg. Jak się bawisz? - zapytał Blaise, który był synem przyjaciela jej ojca.
- Szampańsko. Nie widać? - nie mogła poskąpić sobie odrobiny ironii.
- Chcesz? - zignorował jej odpowiedź i podał wysoki kieliszek z kolorowym drinkiem.- Wszyscy już przyszli, więc dlaczego wciąż tu stoisz? Dołącz do nas.
- Chętnie się napiję. Widzisz, jeśli jesteś w stanie to pojąć Blaise. Szukam... Szukam cudowności w każdej chwili życia, ale nie sądzę, żeby to zaciekawiło kogoś, interesującego się tylko rozwiązłym stylem życia za pieniądze wysoko postawionego ojca.
- Nie jestem pewny, czy chcę studiować. Co za pranie mózgu wam tam robią?
- Widzisz, właśnie dlatego JA na nie poszłam. Tam nie muszę się użerać z nachalnymi palantami. - to nie do końca była prawda, ale wyraz jego twarzy był tego wart.
- Ej, ej! Jestem jedną z najlepszych partii w tych okolicach – uśmiechnął się wymownie
- Widze, że wymagania ostatnio gwałtownie spadły. Za moich czasów...
- Masz tylko dwadzieścia trzy lata – wtrącił.
- To wystarczająco, by powiedzieć: wyłaź z mojej i wracaj bawić się do własnej piaskownicy, z klimatyzacją i minibarem.
Wymijając go, nie omieszkała wręczyć mu pustego kieliszka i popchnąć w stronę kuchni.
Przyrządziła sobie ulubiony trunek i wyszła na taras, obrośnięty bluszczem. Jej ciemnozielona sukienka falowała łagodnie na wietrze, a dziewczyna po chwili zaczęła się trząść z zimna. Na podjazd, wyłożony czerwoną kostką zajechał czarny samochód, z którego wyłoniła się jasna głowa. Mężczyzna ubrany był w garnitur, a przydługie, blond włosy wpadały mu do oczu. Poznałaby je wszędzie.
- Jacq! Już myślałam, że nie przyjdziesz. - zbiegła po oblodzonych schodkach, łamiąc obcas wysokiego pantofla. Z trudem unikając upadku, przytrzymała się barierki. Cała mokra i zziębnięta, w sukience bez rękawów, rzuciła się na przyjaciela.
- Jesteś cała przemoknięta – wyszeptał w jej szyję, okrywając ją własna marynarką. -Powinnaś wejść do środka i się wysuszyć.
- Nie mam ochoty tam wracać. Wolę się przeziębić.
- Jak zwykle uparta. Jak ta mała, czarnowłosa dziewczynka, tupiąca nóżka na środku klasy.- W jego niebieskich oczach pojawiło się rozmarzenie.
- Jak byłam młodsza, zawsze chciałam dostąpić zaszczytu uczestniczenia w przyjęciu moich rodziców. Ha! Rodziców. Jak to brzmi, w świetle ostatnich wydarzeń. Przecież to nie mój ojciec. Ciekawe czy o tym wie? - z zamyśleniem wpatrywała się w okna domu, z którego płynęła muzyka.
- Mogłabyś sobie darować. Są święta. Trzeba się cieszyć! No chodź, wracamy.
- A może ja nie chcę? - zapytała, uśmiechając się przekornie.
- Wtedy będę zmuszony użyć siły. - Wziął ją na ręce i niedbale wrzucił na przednie siedzenie samochodu.
- Nie mogę prowadzić. Piłam – wykrztusiła między napadami śmiechu.
- W takim razie przesuń się.
- Ty nie?
- Jeszcze. Ale mam nadzieję, że mi nie odmówisz.
- Nigdy.
W domu Lauranta pochłonęli masę przekąsek i ciasta, zrobionego przez jego babcię. Byli sami, gdyż dziadkowie, którzy opiekowali się nim po śmierci rodziców, bawili się razem z przyjaciółmi.
Siedzieli na miękkich poduszkach, przypominać sobie śmieszne sytuacje z dzieciństwa.
- Jacq, podaj mi tę szklaneczkę. Nie tę! Tamtą, taką czerwoną. No dobra, sama wezmę.- Lekko się podniosła i wyciągnęła rękę w kierunku naczynia. Straciła resztki równowagi i runęła na niczego niespodziewającego się chłopaka, który wylądował na puszystym dywanie.
- Złaź. Ciężka jesteś. Przytyłaś? - zapytał, specjalnie, żeby ją zdenerwować.
- Kiedy tu mi dobrze. I wcale nie przytyłam!.
- Za dużo wypiłaś.
- Nieważne - wymruczała w zagłębienie jego szyi

*
Wspomnienia z zeszłego dnia ukazały jej się przed oczami, a mózg analizował zadziwiająco trzeźwo. Wszystko, od czego chciała uciec, powróciło szybciej niż przypuszczała. Do głowy wdarła się irracjonalna myśl o rozmowie z matką, lecz została zagłuszona przez przytłaczające poczucie winy i żal, wypełniający ją powoli. Znów skrzywdziła bliską osobę i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Przetarła oczy i zacisnęła szczupłe dłonie na błękitnej pościeli, gdy dotarło do niej, iż zachowała się jak pieprzona egoistka. Dając fałszywą nadzieję Jacquesowi* mogła zaprzepaścić budowaną od lat przyjaźń. Łzy złości i smutku potoczyły się po bladych policzkach, a Marguerite wtuliła twarz w miękką poduszkę, która, jak na złość, pachniała nim. Na białym materiale pojawiły się szare smugi tuszu.
Wstając, narzuciła na siebie najbliżej leżącą koszulę. Na parapecie stał kubek jogurtu truskawkowego, a pod nim leżała niewielka karteczka, wyrwana z notesu.
Pojechałem odebrać dziadków.
Zebrała swoje ubrania, chwyciła ołówek i dopisała na skrawku papieru:
„Przepraszam. Kocham Cię, braciszku.
Marg

P.S. Naprawdę pachniesz pomarańczami, blondasku.”

Drzwi cicho skrzypnęły za wymykająca się, czarnowłosą dziewczyną w pomiętej, wieczorowej sukni i męskiej koszuli.

*
Paryż. Miasto miłości. Czarował pięknem i klimatem. Światła Wieży Eiffla przedzierały się przez szalejącą wichurę, która wprawiała a ruch padający biały puch. Ulice, wciąż przyciągające świątecznymi ozdobami, były puste, majestatyczne i spokojne. Marg szła ze spuszczoną głową po zaśnieżonym chodniku, otoczona neonowymi światłami. Uwielbiała miasta nocą. A szczególnie takie, jak to. Ale teraz jej jedynym pragnieniem było uciszenie tego irytującego faceta, noszącego miano sumienia. Najskuteczniejsze wydało jej się utopienie go w szklance złocistego trunku i wypuszczenie na wolność swego mrocznego jestestwa, z ironicznym uśmiechem fałszywego rozbawienia. Zawsze była ambitna. Poświęcała wszytko dla osiągnięcia celu. Nienawidziła niemocy, szczególnie spowodowanej cudzymi decyzjami. Wchodząc do „Słodkiej Bazylii”, omal nie stratowała wychodzącego klienta. Zajęła miejsce przy wysokim blacie i wpatrywała się butelkę rumu, jakby ta miała objawić jej odpowiedzi na wszystkie pytania, które kiedykolwiek zadała.
- Świętujesz czy przeklinasz byłego? - niespodziewanie zapytał chłopak stojący do tej pory pod ścianą lokalu. Miał krótkie ciemne włosy i lekko przymknięte oczy.
- Marg – wyciągnęła rękę do chłopaka, odkładając pusta szklankę.
- Luc – uścisną jej dłoń. Jego ręka była silna i lekko szorstka.
- To zdrobnienie od Lucyfer? - zapytała z rozbawieniem.
W odpowiedzi, popatrzył na nią wymownie.
- Ok, cofam. Zamówimy coś jeszcze? - nieznaczne, nonszalanckie skinienie głowy z jego strony – Proszę dwa California Dream.
Młody chłopak za barem zerknął na nią niepewnie i zabrał się do pracy.
- Nie, nie tak! Niby Paryż, a barmana porządnego brak. Słuchaj, kochanie, jak nie umiesz, to się za to nie bierz. Daj pokażę ci.
Marg odebrała od niego shaker i wlewała po kolei potrzebne składniki.
- Daj trochę lodu. Prawdziwego barmana poznasz po tym, że nawet po paru kolejkach jest dobry w swoim fachu.
- Rozumiem, ze mówisz o sobie – posłał jej kpiący uśmiech. -Pomijając tę kwestię. Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Nie wiem, czy wypiłam wystarczająco dużo, by ci o tym opowiedzieć. Zobaczymy – usiadła z powrotem na wysokim krześle i postawiła przed nimi dwa kieliszki. - Jestem tu od tygodnia. Przez pierwsze trzy dni objechałam już cały Paryż. I nic! Ubzdurałam sobie, że wyjadę na Bliski Wschód i poprowadzę grupę archeologów. Ale nikt nie chce się angażować w tak niepewną akacje. Francuzi. Chcieliby tylko siedzieć na wygodnym, kręcącym się krzesełku i czekać aż wszystko samo się odkryje, a oni tylko przypiszą to do długiej listy swoich zasług. Więc, użalając się nad sobą, od kilku dni utrzymuje lokalne puby. Ten szczególnie mi się spodobał.
Objął ją jedną ręką i przysuną nieznacznie.
- Widzisz, sumienie nie powstrzymuje od grzechów, przeszkadza tylko cieszyć się nimi. Więc wypijmy za to, by jeszcze trochę posiedziało w ciemnym zakamarku twej udręczonej duszy.
Po kolejnej godzinie idiotycznych toastów Luc zamyślił się głęboko, wpatrując w jedną z ładniejszych kelnerek. Marg kręciła się niespokojnie, a w jej głowie huczały słowa Madame Poussin: „Nie miej mu tego za złe. Chce cię tylko chronić przed błędami swojej młodości...”
- Przykro mi, profesorze, ale każdy musi popełniać własne.
Dopiła resztkę drinka, zabrała z hockera kurtkę i wyszła z baru.

*
Po trzech dniach dopadło ją z nową siłą. Białowłosy amator obrączek nad głową, który śmiał rościć sobie prawa do sumienia panny Blanchett, wyglądał na mocno wkurzonego. A przynajmniej tak jej się wydawało, kiedy, nękana bólem głowy, spojrzała w lustro.
- Czy wszystkim się wydaje, że czerpię perwersyjna przyjemność z ranienia ludzi? - wymruczała w kubek, wypełniony do połowy mocna kawą. - Pytanie retoryczne – dodała, obracając w palcach ciemnozielone pasemko – Potrzebuję jogurtu. Gruszkowego.
Czas wrócić do normalnego życia. Bo przecież „tu i teraz ma zawsze na sumieniu jakieśtam i kiedyś.”

~~

* damir – z arabskiego - sumienie.
komentarze [10]
I.Café ou thé.

Temps: czwartek, 3 maja 2007 17:06:08
Mes: Die; Forum Gingers;Vita;
Dedykowane Dili. Nazwa baru „Sucette” specjalnie dla Meg, której dziękuję za betę.
Smacznego ^^
Agnes



Melanie Wood była całkowitym przeciwieństwem porywczej Marg. Zawsze zorganizowana Angielka studiowała medycynę na Universite Victor Segalen Bordeaux. Wbrew pozorom przywiązywała duża wagę do wyglądu, przy czym preferowała klasykę i elegancję. W mieszkaniu przy Aleés d'Orleans chciała utrzymać wręcz pedantyczny porządek, co nie było możliwe przy roztargnionej Blanchett. Jednak, mimo tych niewielkich, choć częstych sprzeczek, dogadywały się znakomicie. Lubiły razem powoli poznawać Bordeaux, a szczególnie upodobały sobie małą, przytulna kawiarenkę tuż przy rzece, którą odwiedzały prawie codziennie. Piły wtedy pyszną herbatę, oglądając zachody słońca nad tętniącym życiem francuskiego miasta.
*

- Wykończyłaś mnie dzisiaj. Ileż można biegać po ulicach, parkach, kościołach i innych, starych budowlach?- odezwała się Melanie, przerywając ciszę, lecz nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi, ponownie wyjrzała przez szybę na ulice pełne ludzi.
Marguerite wpatrywała się w dzieci spieszące od jednego do drugiego sklepu w poszukiwaniu rzeczy, które mógłby wypełnić ich nowe, szkolne plecaki. Mimo że rok akademicki zaczynał się od października, to Mel zdecydowała przylecieć miesiąc wcześniej.
Spokój zakłócił młody kelner, wpatrujący się w nie z wyrazem zaciekawienia na opalonej twarzy.
- Widzę, że przyjemnie się paniom siedzi - zaczął nienagannym francuskim, chociaż widać było, że nie jest stąd – lecz jeśli nie przyjmę zamówienia szef będzie bardzo niepocieszony.
Blanchett oderwała wzrok od wypolerowanego szkła i popatrzyła na chłopaka lekko zdezorientowana.
- Podstawowe pytanie w Le caucher du soleil*: Café ou thé?**
***

Na blacie w kolorze ciemnej wiśni stała mała, porcelanowa filiżanka z orientalnym wzorem, wypełniona do połowy aromatycznym napojem. W powietrzu unosił się lekko słodkawy zapach kadzidełka, zapalonego przez, nie młodą już, Madame Poussin. Medytację przerwała niespodziewana, zbyt głośna melodia „I can tur your grey sky blue...”. Czarnowłosa dziewczyna podskoczyła i spadła z delikatnej poduszki, po czym, już trochę uspokojona, odebrała telefon.
- Marg! - z małego głośniczka wydobył się zirytowany głos, niewątpliwie kobiecy – gdzie się podziewasz? Miałaś być z zakupami pół godziny temu.
- Tak właściwie Melanie, tylko spokojnie, to ja...
- Niech zgadnę, siedzisz od dwóch godzin w herbaciarni Madame Poussin i probujesz kolejnej mieszanki smaków?
- No popatrz, zupełnie jakbyś tu była...
- Blachett! Czy nie można na tobie polegać choć w najmniejszym stopniu? Dobra, mniejsza o to. Spotkamy się za piętnaście minut przy katedrze i razem pójdziemy do sklepu. Cała ta impreza integracyjna to był twój pomysł... - rozgniewany głos powoli cichł, a po chwili zielonooka usłyszała ciche pyknięcie, sygnalizujące zakończenie rozmowy.
- No to mam jeszcze piętnaście minut - powiedziała, wchodząc z powrotem na bordową poduszkę - proszę mi dolać jeszcze tej afrykańskiej, madame.
*

Mieszkanie przy Alees d'Orleans składało się z dwóch pokoi, obszernej kuchni, łazienki i niezbędnego, dość dużego balkonu. Pewnego wrześniowego ranka, kiedy dzieci szykowały się do szkoły, w tym oryginalnym mieszkaniu nie było miejsca, które nie wyglądał jak pole bitwy. W łazience stała pochylona, czarnowłosa dziewczyna, a jej głowa spoczywała w zlewie. Po pięciu minutach zakręciła wodę i zamaszyście odrzuciła włosy, a na błękitnych kafelkach pojawiły się zielone plamki rozcieńczonej farby do włosów. Zielonooka szczelniej owinęła się szlafrokiem w czarne koty i ruszyła do kuchni, wzdychając cicho.
Przy niziutkim stoliku drzemała Melanie, z kubkiem kawy w ręku. Marg zachichotała cicho, ale zaraz skrzywiła się, słysząc dzwonek do drzwi. W progu stał wysoki blondyn, a na jego twarzy wykwitł złośliwy uśmiech. Marguerite patrzyła na niego przez pięć minut, a potem rzuciła na szyje, z euforycznym okrzykiem.
- Jaques! Co cię do nas sprowadza?
- Przyleciałem zobaczyć, jak sobie radzicie i chyba nie jest tak cudownie, prawda? - z powątpiewaniem rozejrzał się po korytarzu usłanym pustymi butelkami i zgniecionymi puszkami. W rogu, tuż pod pajęczyną, leżała górka chrupek serowych.
- Melanie, obudź się. Mamy gościa!
- Ależ masz wyczucie czasu Laurant. - Mel ziewnęła potężnie – no nie patrz tak na mnie, krzyczysz tak głośno, że każdy by się obudził...oprócz Ciebie, oczywiście. No Jacq, siadaj i opowiadaj.
Chłopak z trudem usadowił się przy stole.
- Co was natchnęło do niskich, japońskich i w dodatku mahoniowych, blatów? Chociaż poduszki całkiem wygodne.
- Na mnie nie patrz, to jej pomysł – Melanie kiwnęła głowa w kierunku czarnowłosej – jak większość dziwnych rzeczy w tym mieszkaniu.
- Należało się tego spodziewać. Mel, sama chciałaś z nią zamieszkać, ja radziłem ci nie eksperymentować z materiałami wybuchowymi – Laurant uśmiechnął się szeroko.
- Hej! Ja też tu jestem. A to mieszkanie jest po prostu... oryginalne. Powiedz lepiej co u ciebie?
- Myślałem, że nigdy nie zapytacie. Dostałem się do Universite Lille 2 Droit et Sante na...
- Niech zgadnę, na twoje ukochane prawo? -wtrąciła Marg.
- Owszem, a twój ojciec zaproponował mi już praktykę w swoim biurze.
- Trzeba to oblać Jacq. Marg zostało coś jeszcze?
Zielonooka podeszła to wiszącej szafki i wyjęła dwie butelki, owinięte w szary papier.
- Schowałam tu jeszcze Vermouthy...
- Wiedziałem, że na nic innego nie można liczyć... nie znudziły Ci się? Na szczęście zadbałem i o to – wyciągnął z przepastnej torby butelkę prawdziwego szampana – Jadłyście śniadanie?
*

Jacques został w Bordeaux przez cały tydzień. Przyjaciółki oprowadziły go po mieście i wszystkich najlepszych restauracjach. Podczas jednego ze wspólnych śniadań Marg rzuciła zdawna oczekiwane hasło :
- Czas poszukać pracy.
Jej towarzysze przez dłuższy czas nie mogli wydobyć z siebie żadnego dźwięku, a gdy Jacq otworzył usta, by coś powiedzieć, zaczął krztusić się zielonym groszkiem.
- Chcę zrobić wreszcie użytek z kursów, po których tułałam się od zakończenia szkoły - ciągnęła nie zrażona.
- Zmierzasz zaczepić się w jakimś dobrym barze i sporządzać drinki dla desperatów?
- Nie. Zamierzam robić najlepsze trunki w Bordeaux.
Blanchett spełniła swą groźbę i zatrudniła się w dość znanej knajpce o uroczej nazwie Sucette*** i jeszcze bardziej podniosła jej renomę.
***

Łagodne, prawie zimowe promienie, ślizgały się po metalowej konstrukcji mostu Pont de Pierre, a pierwsze ptaki ćwierkały, ukryte wśród kolorowych liści. Nad Garonną powoli pojawiało się słońce.
Szpary w bambusowych roletach przepuszczały światło, które teraz tworzyło nieregularne plamy na jasnozielonych ścianach. Jedna z nich padła prosto na, leżącą w dziwnej pozycji, dziewczynę. W małym pokoiku panował chaos. Na ziemi rozrzucone były notatki, zmięte kartki i stępione ołówki, o których już dawno zapomniano. Bukowe biurko wcale nie prezentowało się lepiej, a na jasnym blacie widniała mała kałuża ciemnego płynu. Marguerite niechętnie podniosła powiekę, lecz zaraz z powrotem ją zamknęła. Po krótkim spojrzeniu na ekranik komórki, zerwała się jak oparzona. Zaczęła desperacko wrzucać różne, nie do końca potrzebne przedmioty, do czarnej torby, próbując równocześnie rozczesać nieposłuszne włosy. Blanchett nigdy nie przywiązywała wagi do stroju, jej styl potocznie można by określić jako „na winie”, gdyż zakładała to, co akurat nawinęło się jej pod rękę. Inni studenci, po trzech miesiącach wspólnych zajęć, zdążyli przyzwyczaić się już do niecodziennej garderoby koleżanki.
Marg, po szybkiej wizycie w łazience, znalazła się w kuchni, która była największym pomieszczeniem w całym mieszkaniu. Na poduszce siedziała drobna, brązowowłosa dziewczyna o ciepłym uśmiechu.
- eM., przestań się miotać. Na stole stoi kawa dla ciebie, dodałam wszystko, co lubisz.
Dziewczyna z wdzięcznością chwyciła czerwony kubek z logo Nescafé i zarzuciła nogi na niski blat. Przyjaciółka popatrzyła na nią z dezaprobatą.
- Drogie dziecko - zaczęła tonem mentora – co z ciebie wyrośnie. Zmień skarpetki, nawet par nie umiesz wcześniej dopasować? Zrób światu przysługę i nie strasz ludzi, wyplącz szczotkę z włosów i uczesz się jak normalny student.
Marg teatralnie przewróciła oczami, mrucząc coś, co brzmiało jak „mała jędza, zrzędzi od samego rana...”, ale po chwili znów się zasępiła.
- Jak ja dojadę na uczelnię w tak krótkim czasie? Czemu mnie nie obudziłaś wcześniej...
- Gdybym musiała iść na zajęcia, też bym się tym martwiła. Na twoim miejscu.
Mina Marguerite wyrażała kompletne niezrozumienie dla słów Mel, która teraz zanosiła się śmiechem.
- Obudź się Blanchett! Jest sobota!
*

Dużą i staromodna sala wykładowa powoli pustoszała. Wysoki profesor pakował swoje notatki i przezrocza to brązowej teczki. Obok biurka stała czarnowłosa studentka, wyraźnie czekająca na chwile zainteresowania.
- Tak, Marguerite? - profesor odwrócił się do jednej z jego najpilniejszych słuchaczek.
- Chciałam zapytać... Ostatnio przeczytałam o Templariuszach i ich działalności w Jerozolimie. Ale natknęłam się na bardzo interesujące tezy, dotyczące powiązań ze starożytnymi cywilizacjami i zatajonych informacji o rozszerzonych działaniach, wykraczających po za zadania nałożone przez papieża...
- Dosyć! Wiem co chcesz dalej powiedzieć. To nie jest zagadnienie dla Ciebie. Szkoda cennego czasu i nerwów. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.
- Czyli zaprzecza pan, że Inkowie mieli z tym coś wspólnego?! -zapytała gniewnie. Myślała, że kto jak kto, ale Jean Poussin ją zrozumie.
- Nie, tego nie powiedziałem. Usiądź, Marguerite. - profesor zajął miejsce przy biurku, a jej przystawił krzesło na przeciwko – Posłuchaj – westchną ciężko – zmarnowałem pół życia, żeby rozwiązać tę zagadkę i nic z tego nie wyszło. Proszę Cię, nie marnuj sobie życia.
- Ale ja muszę tam polecieć! Wiem, że pan, profesorze, ma notatki i teorie i liczyłam, na to ze mogłabym jej przejrzeć, lecz poradzę sobie i bez tego.
- Widzę, żeś uparta. Dam ci moje książki, ale nie pomogę wyjechać. Możesz sobie rozgryzać tę sprawę, ale tu, na miejscu, tego ci nie zabronię, bo jesteś uparta jak twoja matka.
- Moja matka? A skąd ją pan zna, panie profesorze?
Poussin uśmiechnął się dobrodusznie.
- Wpadałem tutaj, by pomagać kolegom, kiedy ona studiowała. Nie było nikogo, kto nie znał Isabel Caillas, ta jej gorąca, hiszpańska krew, nie jednemu zawróciła w głowie. A potem nagle zniknęła. Domyślam się, że z powodu ciąży. No, ja muszę iść, zaraz będą kolejne zajęcia.
Blanchett wpatrywała się w tablice, jakby ta mogła odpowiedzieć jej na wszystkie nurtujące pytania, pozostające na razie bez odzewu. Zauważyła, że na stoliku ciągle leżała torba wykładowcy. Postanowiła udać się do uniwersyteckich archiwów, a żeby się tam dostać potrzebowała sympatii strażnika i przepustki od jednego z pracowników naukowych. Obie rzeczy już miała.
Westchnęła z ulgą, kiedy zamknęła za sobą ciężkie drzwi dużego pomieszczenia, w którym znajdowały się informacje o wszystkich, którzy kiedyś pojawili się w bramach uczelni. Skierowała się do wysokiej, metalowej szafki, gdzie odszukała szufladę z napisem „1984”. Drżącymi rękoma wyjął z niej kopertę opatrzoną nazwiskiem panieńskim jej matki. Zamarła z plikiem dokumentów w ręku.”A więc to prawda...” - przemknęło jej przez myśl. Tknięta jakimś nieznanym impulsem zajrzała do starych egzemplarzy gazetki uniwersyteckiej, redagowanej przez studentów dziennikarstwa. Numer kwietniowy zawiadamiał o wymianie uczniów z uniwersytetem paryskim. Na liście przyjezdnych zauważyła nazwisko swego ojca, który miał odwiedzić Bordeaux dopiero pod koniec maja. Marg usiadła na zimnej podłodze i zapatrzyła się na zdjęcie uśmiechniętych absolwentów. Z zamyślenia wyrwały ją szmery na korytarzu. Kiedy chciała odłożyć papiery na miejsce, jej uwagę przykuł artykuł o zwolnieniu jednego z wykładowców w 1984. Po szybkim przeczytaniu, już wiedziała, że nic nie będzie takie samo, jak kiedyś. Thomas Jaunet uwiódł ( kwestia sporna) jedną ze studentek przedostatniego roku, która natychmiast po zakończeniu semestru tajemniczo zniknęła, wraz z paryskimi studentami. Antyczny wazon ze sztucznymi kwiatami rozbił się o przeciwległą ścianę.
***

Marguerite siedziała w Sucette i pochłaniała kolejny kieliszek Vermouthu. Niespodziewanie do lokalu wtargnęła niewysoka szatynka, nerwowo mocująca się z szalikiem. Jej spojrzenie szybko powędrowało do baru.
- Już myślałam, że będę musiała przeszukiwać całe Bordeaux. Co się dzieje Marg? - zapytała z troską.
- Nic szczególnego, odejdź Melanie.
- Mogłabyś mnie przynajmniej nie okłamywać. Zostaw to – zabrała dziewczynie, nie otwartą jeszcze, paczkę papierosów – ty nie palisz.
Blanchett zamyśliła się na chwilę, po czym powiedziała:
- Gregoire nie jest moim ojcem, moja matka poznała go na wymianie uczniów, już wtedy była w ciąży. Jestem dzieckiem jakiegoś cholernego wykładowcy. Jakby tego było mało, z tej samej uczelni, na której aktualnie się uczę. Matka nigdy mi nie powiedziała, że studiowała filologię w Bordeaux. - mówiła szybko, a jej głosie przebrzmiewała wściekłość - A zresztą... Nie chcę o tym mówić. Lecę do Aleksandrii. Zanim wszystko załatwię minie pewnie minimum sześć miesięcy. - czarnowłosa dopiła wino, które dotychczas wolno sączyła.
- Czyli chcesz mnie tu zostawić - westchnęła przyjaciółka.
- Mel, nie masz już pięciu lat. Dasz sobie radę.
- Ale ty nie bardzo - odpowiedziała jej natychmiast.
- Daj spokój! Co raz mniej mnie tu trzyma. Dobrze wiesz, że nie potrafię długo siedzieć w jednym miejscu.
Melanie odwróciła się do barmana i zamówiła jeszcze dwa drinki.
- Jasne. W końcu, jak to powiedziałaś „z Jamesem nic cię już nie łączy”, a „do Charliego nie wrócisz”. Bardzo rozsądne podejście do sytuacji. Odezwij się czasem, jak już nie będzie Cię z nami. Jeśli oczywiście zdołasz. Z tego co słyszałam, w tych okolicach nie jest teraz bezpiecznie.
Wood wypiła swój Caribbean Breeze i wyszła z baru, głośno trzaskając drzwiami.


***



* Le caucher du soleil (fr.) - Zachód słońca.
** Café ou thé? (fr.) - Kawa czy herbata?
*** Sucette (fr.) - po prostu angielski Lollipop - czyli lizak.
komentarze [7]
Prologue.

Temps: piątek, 2 marca 2007 23:04:49
Mes: Die; Forum Gingers;Vita;
Jestem. Trochę to trwało, wybaczcie ^^ To jest prolog, może trochę krótki, ale mam nadzieję wrzucić niedługo pierwszy rozdział. Jest trochę francuskiego, ale tylko nazwy. Taka mała informacja. Dedykacja dla Meg, bo bez niej to opowiadanie nigdy by nie powstało.


Europa, tonąca w białym puchu, przygotowywała się do ulubionych dni w roku. Boże Narodzenie nadchodziło wielkimi krokami. Wszystkie sklepy zostały opanowane przez amatorów prezentów i świątecznych potraw. Śliskimi ulicami podążała obładowana torbami dziewczyna, ledwo nadążając za biegnącą przed nią, małą blondynką. Przystanęła na chwilę i potrząsnęła głową z silną irytacją.
*
Wysoki, łososiowy domek przy Rue de Paris był całkowicie pokryty śniegiem. W rozległym ogrodzie zadomowiły się kamienne krasnoludki, których czerwone czapeczki tonęły w bieli.
Isabel Blanchett wyciągnęła z piekarnika zapieczoną rybę, Marguerite dokonywała ostatnich poprawek w ubiorze choinki. Opal, z wyrazem znudzenia na twarzy, siedziała przy wigilijnym stole i przewracała kartki kolorowego pisma. Gregoire rozpalał ogień w antycznym, marmurowym kominku.
- Pomóż matce, Opal.
- Tato, daj spokój, pobrudzę się. Marg, gwiazda jest krzywa, łańcuch opada z lewej strony, a ty nawet się jeszcze nie przebrałaś.
W tym momencie do salonu weszła Isabel z półmiskiem serów.
- Marguerite, przynieś sałatki.
Dziewczyna rzuciła pudełko z anielskimi włosami i poszła do kuchni. Żałowała, że tych pomieszczeń nie rozdzielają drzwi, którymi mogłaby teraz trzasnąć.
*
Kolacja trwała. Atmosfera była napięta, choć wszyscy udawali, ciepły, świąteczny nastrój.
- Wczoraj przyszedł do ciebie list – powiedziała nagle Isabel – z Bordeaux. Dostałaś się. - dodała z rozdrażnieniem.
- I otworzyliście go beze mnie? Przecież wiesz, ze czekam na niego od roku! Spodziewałam się wszystkiego, ale to?
- Nie pojedziesz tam, nie ma mowy. Nawet o tym nie myśl. Archeologia, historia? Też coś. Powinnaś się zająć czymś poważnym Medycyna, prawo...
- Nie jestem taka jak wy i Opal. Mam swoje plany, marzenia!
- I z czego będziesz żyć?
Była tylko jedna osoba, której mogła bez obaw powiedzieć o swoich planach. Wujek, mieszkający w Paryżu, założył jej własne konto w banku, już parę lat temu. Całe szczęście rodzice o tym nie wiedzieli.
- To nie ma sensu...
*
Wybiegła z domu w pośpiechu, zarzucając czarną kurtkę i owijając się długim, zielonym szalikiem. Powstrzymywała lecące łzy, brnąc w nieodgarnięte zaspy śniegu. Wreszcie stanęła przed drewnianym płotem, który oddzielał ją od miejsca, będącego schronieniem w najgorszych momentach życia. Przy Avenue des Tulipes mieścił się dom Jacques'a Lauranta.


***


Granatowe niebo przecięła błyskawica, przyćmiła gwiazdy i zbudziła lęk w wielu dzieciach. Lille w czasie burzy nabierało niespotykanego piękna, przeplatanego strachem i złością. Deszcz padał obficie na dachy budynków, w których ludzie, krzątając się przy belgijskich kuchniach, przygotowywali kolację. Na mokrym asfalcie trwały się niesamowite igraszki świateł. Przechodnie, nie zauważając magii otaczającego ich świata, parli do przodu z czarnymi parasolami, mocno zaciśniętymi w dłoni. Wielkie krople ześlizgiwały się leniwie z roślin w parku Bois de la Deule, mieszczącym się prawie w centrum miasta. Ociekające huśtawki kołysały się lekko pod wpływem wiatru, w przymglonym świetle latarni. Lille, miasto teoretycznie należące do Francji, lecz jego mieszkańcy czuli pewną odrębność, to tu, mieszały się kultura angielska, francuska i belgijska.

*

Marguerite Blanchett, ciemnowłosa Francuzka, siedziała na czerwonej huśtawce w Bois de la Deue. Po jej nagich ramionach spływały krople deszczu. Czerwiec, choć deszczowy, był wyjątkowo ciepły. Usłyszała szelest między drzewami a po chwili z cienia wyłonił się wysoki chłopak.
- Długo kazałeś na siebie czekać, Jacq.
- Nie dłużej niż ja zazwyczaj czekam na ciebie, panno spóźnialska. Co się stało, że dzisiaj jesteś przede mną?
- Czepiasz się szczegółów. Siadaj. - wzruszyła ramionami i nadal wpatrywała się w dal.
- Nie przyjdzie. Przecież wiesz, że to ona jest najbardziej punktualna. - odpowiedział na jej nieme pytanie
- Jak to?
- Wyjechała od razu po przemówieniu w auli. Nie napisała do ciebie?
- Nic, a nic. Już ja sobie z nią porozmawiam, jak wróci.
W oddali odbijały się o brzeg wezbrane wody rzeki.
To był ostatni dzień, który spędzili w jednej szkole. Teraz ich drogi miały się rozejść. Marg chciała dostać się na uczelnię w Bordeaux, Jacq zostawał w którejś z pobliskich szkół.
Łączyła ich wieloletnia przyjaźń, której jeszcze nigdy nie wystawili na próbę takich odległości. Ten dzień był przełomowy, każde z nich zaczynało własne życie i musiało zacząć myśleć o sobie i swojej przyszłości. Oboje dążyli do spełnienia marzeń, które przez ten czas znalazły miejsce w ich umysłach. Ambitni i żądni wiedzy, doskonale razem współpracowali.
- Dlaczego tak bardzo chcesz stąd wyjechać Marg? - przerwał cisze jasnowłosy chłopak.
- Dlaczego? Mam dosyć tego miejsca, które przecież kiedyś tak kochałam. Chcę wyrwać się spod skrzydeł rodziców, którzy odkąd urodziła się Opal wymagają ode mnie coraz więcej. Zawsze nas porównują. Nie ważne jak dobrze wypadnę ja, ona jest lepsza, młodsza i piękniejsza. Musze zacząć żyć na własny rachunek, odciąć się od nich. Inaczej będziesz musiał odwiedzać mnie w zakładzie psychiatrycznym na jakiejś odległej wyspie.
W jej oczach pojawiły się niechciane łzy a przyjaciel bez słowa przytulił mocno ukochaną przyjaciółkę.
Jacques odprowadził ją pod czarną, metalową furtkę przy Rue de Paris. Pożegnali się tylko ciepłym uśmiechem. Przyjaciołom słowa nie zawsze są potrzebne. Zatrzasnęła za sobą antywłamaniowe, białe drzwi, i oparła się o nie, zamykając oczy.

*

Bordeaux, leżące Akwitani, przywitało ich słońcem i bezchmurnym niebem. Melanie i Marg opuściły Bordeaux Merignac z szerokimi uśmiechami na twarzy. Przed lotniskiem rozciągał się napis ”Avenue de Bordeaux”.
Wsiadły do czarnej taksówki, która zawiozła je na Alees d'Orleans. Za oknami mijały kościoły, szpitale i piękne budowle. Ludzie, rozleniwieni wysoką temperaturą, odpoczywali w parkach. Na Musee des Beaux-Artes wisiał szyld z, wytartym już lekko, napisem : „LIBERTE, EGALITE, FRATERNITE”* .
Po godzinie stanęły przed wysokim domem przy Alees d'Orleans. Marg pierwsza pochwyciła swe torby i wbiegła do nowego mieszkania.
*
Gwiazdy świeciły mocno nad całym miastem. W powietrzu unosił się zapach kawy z pobliskich restauracji. W Bordeaux wrzało życie. Dwie młode kobiety stały na szerokim balkonie, należącym do mieszkania, które będą nazywać domem przez najbliższe pięć albo sześć lat. Obie trzymały w szczupłych palcach wysokie kieliszki z szampanem, które zetknęły się z cichym brzdękiem.
- Wolność Melanie. Nareszcie. Doczekałam się po tylu latach. Wiesz, nawet nie żałuję tak bardzo, tego, że wyjechałam skłócona z rodziną. Teraz zaczyna się nasze prawdziwe życie. Tu, w Bordeaux, na balkonie z widokiem na Garonnę.

***

*”Wolność, równość, braterstwo”. Hasło rewolucji francuskiej.

komentarze [9]
Początek.

Temps: niedziela, 17 grudnia 2006 13:05:03
Mes: Die; Forum Gingers;Vita;
Ona - młoda Francuzka. Chyba.
Jej przyjaciele, rodzina - a może jej brak?
Palące słońce i zagadki przeszłości.
On? Sayid? Nie ten sam, o którym pomyśleliście... Chociaż po części, może ?

Opowiadanie powstało dzięki Meg. W jednej z naszych dziwnych rozmów na szkolnym korytarzu, narzekałyśmy, ale to bardzo, na naszego nowego Ministra Edukacji. Każdy chyba wie, o kim mowa. Po stworzeniu całej listy zakazów, które wprowadzono, zaczęłyśmy zastanawiać się co jeszcze wymyślą.
Padło zdanie brzmiące mniej więcej tak: Niedługo zamocują kraty w oknach i postawią Sayidy przy drzwiach...". To można uznać za początek tego opowiadania.
Pewnie nie zrozumieliście, ale jeszcze na to jest czas. Jeśli kiedykolwiek zrozumie ktoś poza mną i Meg, której w zasadzie dedykuję całą prace, jaką wkładam w powstanie tego "twora".


Niedługo powinno pojawić się coś, chyba prolog. Na razie czekam na szablon od Meg xD
Agnes.
komentarze [6]


Wasze myśli.



Miłośniczka przeszłości i tajemnic. Uparta i nieprzewidywalna amatorka Vermouthu Bianco i gorzkiej czekolady. Zakochana w kulturze starożytności. Niestrudzenie dąży do celu, nie oglądając się za siebie. Egoistyczna? Czasem. Kontakty międzyludzkie nie są jej mocną stroną. Zmień to.


Recit: Prolog.I.II.III.

Przerywniki:
I



cost-of-livingdiabel-u-pradysalemBroken Glass


Récits
R.A.B.
Toroj - Hapi Niu Jer
Bracia
A Walking Shadow
Tea and Sympathy

Analizy
Snejpotyczki
Akcja PDS
To nie statek wycieczkowy
Szalikowe bajanie

Oceny
Ultima Thule
Hell Opinions
In my opinion
Poczochrane oceny
Kot w Stanie Czystym

Fora
Dziurawy Kocioł
Gingers
Sylville
Mirriel




Szablon wykonała kolejny raz moja ukochana Meg. Zdjęcia pochodzą z supermodels, google i z głębin meganowego dysku. Html napisała sobie Agnes. Wszystko tylko i wyłącznie dla border-of-liberty. Dostosowany do Firefoxa oraz IE. Stworzony w AdobePhotoshopie którymś tam.
1024x768
Rączki przy sobie.
*
Liczby:
*
Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze; może orzeźwi cię, ale donikąd dojść nie pomoże.